HOME
Wszystkie fotografie prezentowane w tej witrynie są chronione Prawem Autorskim.
Kopiowanie i powielanie w jakiejkolwiek formie, wymaga pisemnej zgody autora.
All photos are copyrighted and you are not allowed to use them without my permission.
BLOG FOTOGRAFICZNO OBYCZAJOWY CZ.I
cz.IV najnowsza cz.III cz.II cz.I Potrawy

Zakochałem się w Gustawie
Bez wzajemności, miłością platoniczną. Nie trzeba było wiele, te oczy, te uszy i to przymilanie. Położył mi głowę na kolanach, zamknął z uwielbieniem oczy. Po dłuższej chwili drapania otworzył jedno oko i wsunął pierwszą łapę, za kwadrans drugą otwierając drugie oko. Bacznie obserwował czy nie prostestuję. Potem za następny kwadrans wsunął pierwszą tylną, stał tak tylko na jednej łapie, mrucząc z radości. Kiedy już upewnił się, że nie będę zły wciągnął całe swoje 30 kilo na moje kolana i przekręcił się na plecy rozkładając łapy jak wiatraki, oddając cały brzuch do drapania. Był w siódmym niebie, a ja mu zazdrościłem, że mnie tak nikt nie drapie.Za takie drapanie mógłbym nawet założyć sobie kaganiec.
"Szał Podkowińskiego"
Podobno jestem wesołkiem,
tak mówią o mnie ci,
co ich balon
własnego ego
nie rozpycha nadmiernie.
Podstawa to umieć się śmiać
z samego siebie,
popatrzeć na siebie
stojąc niejako z boku,
mało kto to potrafi.
Miedzynarodowe
Warsztaty
Fotograficzne
w Janowie.
W jadalni stał kuc drewniany,
jak tylko go zobaczyłem
od razu pomysł
"Szał Podkowińskiego"
trzeba zrobić,
aparatów są dziesiątki,
fotografujacych też,
tylko która panienka
rozbierze się do zdjęcia
tak jak rozbrała Podkowińskiemu,
marne szanse.
Decyzja jest krótka
sam się rozbiorę,
i na kuca hop.
Fotograf się znalazł w 5 sekund,
kuc nie protestował,
fota wyszła.
Amen.
Portret w diaporamie
odwieczny problem autorów tworzących diaporamy. Portret uwielbia pion, diaporama pionu nie znosi, bo po bokach zostają dwa czarne, niewykorzystane pasy. A już najgorszym rozwiązaniem jest pomieszanie pionów z poziomami, widz może dostać oczopląsu. Jak wybrnąć z tego problemu. Rozwiązania nie ma, przynajmniej ja go nie znam. Jednym z wyjść jest dać same piony ale to i tak jest strata możliwej do wykorzystania powierzchni. Jeśli muszę dać piony i poziomy staram się pomiędzy nimi dać przejście przez czerń, nie zawsze się to udaje. W pokazach fotografii można prawie dowolnie układać kolejność, uważnie dobierając przenikania. Ale co zrobić kiedy tworzymy diaporamę, jest fabuła czyli treść i kolejność fotografii wynika z treści, muszą być piony na przemian z poziomami? Wiele osób ostatnio tworzy pokazy i diaporamy, początkujący zamiast skupić uwagę na samych fotografiach, ich treści, stosują dziesiątki efektów przenikań chcąc pokazać, jak dużo ich poznali. Nie da tego się oglądać, od oczu do żołądka idzie odruch wymiotny, modli się człowiek by szybciej się skończyło.
3 x 35
Kilka lat temu zorganizowaliśmy wystawę 3 x 35, trzech autorów z ponad 35 letnim stażem. Każdy dał, co mu serce nakazywało. A wystawa i wernisaż były dość nietypowe. W dużej sali, jeden na miejsce wywieszenia prac wybrał sobie stronę lewą, drugi prawą, trzeci . . . sufit. O 17 drzwi otwierają się widzowie zostają zaproszeni na salę w której jest ciemno, bardzo ciemno. Nie widać zdjęć tylko mała lampeczka oświetla plakat reklamujący wystawę, mniej więcej na środku pomieszczenia stoi wielka piramida z materiału, aż do sufitu, podświetlona od środka, tak, żeby nie było widać co jest w środku. Sala wypełnia się ludźmi, zapalmy światło, okazuje się, że cała podłoga usłana jest negatywami, pojawiają się zdjęcia na ścianach. Mistrz ceremonii przemawia, mowa, trawa, otwiera uroczystość. Piramida się podnosi do góry odkrywając stół pełen ciasta, wina, wódki, nie będzie o suchym pysku. Zaczyna się oglądanie zdjęć, dyskusje, wymiana opinii. Wernisaż kończy się o 1 w nocy, a rano, kac gigant, łeb pęka.
Jak grzyby po deszczu.
Ostatnio wróciła moda na grupy fotograficzne, nieformalne towarzyskie stowarzyszenia ludzi wykonujących fotografie. W jednych jest tak, że tworzą grupę ale w trakcie prezentacji prac wykazywani są autorzy poszczególnych dzieł. W innych wszystkie prezentowane fotografie wrzucane są do wspólnego wora, wykazywane jako dzieło grupy. Zastanawiam się jak to działa, na jakiej zasadzie, biorąc pod uwagę znaczne zróżnicowanie poziomu poszczególnych członków. Jak to w życiu, są lepsi i gorsi. Ktoś może mieć wielką wiedzę o fotografii, nawet bywa nazywany profesorem, ale zdjęcia robi cieniutkie, jedzie na grzbiecie pozostałych podpinając się pod grupę. Ktoś inny wiedzy nie ma, ale fotografie robi wspaniałe, czuje i widzi świat przez obiektyw, ma to wrodzone. Uważam, że prezentowana fotografia powinna przemówić do widza swoim własnym głosem. Czy jest sens pisać sążniste uzasadnienia, tłumaczyć dwa kwadranse po co zrobiono fotografie, co było zamysłem fotografa? Przecież nie zawsze autor jest przy prezentacji swoich prac, co wówczas? Albo fotografia gada do widza, albo jest martwa, nie porusza. Życzę takim grupom jak najlepiej, ale odkąd zajmuję się fotografią nigdy, nigdzie nie należałem, nie byłem członkiem żadnych organizacji, stowarzyszeń. Byłem wolnym strzelcem. I jest mi z tym dobrze.
Wrzontek gazdy
idziemy z Rytra do góry, upał taki, że zatyka,
plecaki z kominami, wpijają się w ramiona.
Trzeba nabrać wody, najlepiej w ostatnich zabudowaniach.
Przed domkiem siedzi gazda pyka fajeczkę.
Podchodzimy, dzień dobry, dzień dobry.
Gospodarzu można u was wody sobie nabrać?
Mozna ocywista. A panowie to wcasowice?
Tak. Chodzita i odpoczywata.
My zlani potem odpowiadamy, tak.
A on, a widać to po was. A gdzie idzieta,
my tam do góry na szczyt.
A wieta co, ja tu mieszkam 35 lat i nigdy na tyj górce poza domem nie byłem, bo po co?

Normalnie jak w tym dowcipie:
macie gazdo wrzątek?
A mom ino, że zimny.
Krynica 1981
Czasy kiedy w sklepach był tylko ocet. Doszliśmy do Krynicy jakoś wieczorem, trzeba szukać noclegu. Pytamy gdzie można znaleźć, ktoś poleca drewniany domek, pukamy. Otwiera nam staruszka ubrana w fartuszek i zapinaną bluzkę ze stójką, na głowie warkocz upięty w kok, postać bardzo charakterystyczna. Mówimy o co chodzi, pani odwraca się i krzyczy do wnętrza domu, Anielciu, Anielciu, dwaj mili panowie szukają noclegu, co ty na to. Gdzieś z wnętrza dobiega głos, a zrób jak uważasz. Nasza pani znowu Anielciu, Anielciu ale chodź zobacz, powiedz czy przyjmujemy. Taka wymiana opinii pomiędzy naszą panią i głosem trwa dłuższą chwilkę. Po czym wychodzi do nas staruszka ubrana w fartuszek i zapinaną bluzkę ze stójką, na głowie warkocz upięty w kok, identyczna jak nasza, taka kopia. Bliźniaczki staruszki pierwszy raz widzę. Przenocowaliśmy, nakarmiły nas, ile płacimy coś tam powiedziały, ale tak śmieszną ceną, że szok. Płacimy idziemy dalej. Nagle krzyk panowie, panowie poczekajcie. Drepcze za nami jedna trzymając w ręku słoik. Daje nam na drogę słoik konfitur, a do niego gumką recepturką przypięte nasze dwadzieścia złotych, którymi zapłaciliśmy im za nocleg.
Jak śliwka w kompot.
Spokojnie sobie żyłem, po cichutku dłubałem w fotografii, pokazywałem wystawy, dni wlokły się leniwie, aż do. . . Zadzwoniły do mnie panie, z zapytaniem czy na wernisażu mojej kolejnej wystawy fotograficznej może wystąpić literatka przeczytać swoje teksty. Miało być takie dwa w jednym jak w proszkach do prania. Ok. niech sobie czyta, w zasadzie, to co mi to przeszkadza? W tym samym dniu wieczorem dostaje maila od literatki, przysłała mi swoje CV plus dwa utwory, żebym zobaczył, co ona będzie czytać. CV jak CV nic specjalnego, ale czytając pierwszy utwór czuję jak dostaję gęsiej skórki, dreszcze chodzą po plecach. Utwór wciągnął mnie niesamowicie, zaskoczył, wręcz zatkał. Pierwsza myśl jak od razu przychodzi mi do głowy mam zdjęcia, które idealnie pasują do tekstu. Wysyłam maila, że zrobię z tego diaporamę niech ona czyta, a ja pokażę w tym samym czasie zdjęcia. Pani pyta co to jest diaporam bo nigdy nie słyszała.

Odpowiadam, że nie musi wiedzieć, za jakiś czas dostanie gotowca. Wynajduję zdjęcia, układam, sklejam, dodaje muzę, zapisuję, wysyłam tej pani. Na drugi dzień rano odpisuje, szanowny panie Jacku ryczałam jak bóbr całą noc nie wiem czy dam radę to przeczytać, choć sama napisałam. Spokojnie damy radę. Na miejsce wernisażu wtaczam się z laptopem, projektorem, głośnikami, panie zdziwione a to po co? Niespodzianka. Kiedy zaczyna się wernisaż prosimy o zgaszenie światła, startuje muzyka, na ekranie pojawia się tytuł, pierwsze zdjęcie mówię do literatki: trzy , cztery start . . . ma zacząć czytanie. Kończymy, zapalają światło, cała sala ludzi siedzi i patrzy na nas w milczeniu, cisza taka, że słychać komara z 10 kilometrów. Siedzą tak i patrzą, cisza. My stoimy przed widzami, oni na nas patrzą i nic nie mówią, cholera co jest grane, pierwszy raz w życiu jestem w takiej sytuacji, widzę, że co druga, trzecia osoba ma chustkę przy oczach. Dopiero po dłuższej chwili pierwszy odważny głos zabiera, nieśmiało, delikatnie, potem następny. Są zaskoczeni nie wiedzą co mają powiedzieć, jak opisać to co zobaczyli, jak się do tego ustosunkować.
Lupa.
Literatka daje mi kolejny tekst do opracowania diaporamy. Jest to historia starszego mężczyzny, którego jedyną radością jest oglądanie starych fotografii przez lupę. Podobno jak ogląda się fotografie przez lupę, wchodzi się do środka, słychać głosy, szum wiatru, czuć zapachy, wspomnienia wracają jak żywe. Płaski kawałek papieru z utrwaloną emulsją srebrową za pomocą lupy ożywa, ma moc terapeutyczną. Czytam raz, dwa i oczom nie wierzę, zaczynam się strasznie śmiać. Nie z tekstu, ale z powodu dziwnego zbiegu okoliczności. Otóż przed sześciu latu pojechałem do Lasów Kozłowieckich, do artysty warszawskiego który się tam osiedlił a zajmował fotografią. Ów artysta przywitał mnie zorganizował szybko małe przyjęcie, na podwórku, na stole od krajzegi. Wino, ciasteczka. Nagle przytargał wielką obszarpaną, tekturową walizę, położył na stole, otwiera. Wewnątrz waliza wypełniona wrzuconymi luzem fotografiami na których wierzchu leży . . lupa. Artysta tłumaczy mi: jak ogląda się fotografie przez lupę, wchodzi się do środka, słychać głosy, szum wiatru, czuć zapachy, wspomnienia wracają jak żywe. Płaski kawałek papieru z utrwaloną emulsją srebrową za pomocą lupy ożywa, ma moc terapeutyczną.
Turcja
Była dla mnie wielkim zaskoczeniem, nigdy specjalnie nie interesowałem się tym krajem, miałem mylne wyobrażenia, że to dziki kraj, dzikich ludzi jeżdżących na osiołkach. Przecież to u nas jest środek Europy, pępek wszystkiego, w tym intelektu. Tymczasem to co zobaczyłem przejeżdżając po Turcji 3800 km zaskoczyło mnie i zmieniło moje wyobrażenia. Na 400 lat przed Mieszkiem I, który latał jeszcze w skórach z dzidą na niedźwiedzie, w Konstantynopolu już wybudowano Świątynię Mądrości Bożej Hagia Sofia.U nas dopiero lodowiec puszczał jak tam budowano takie obiekty, każdemu polecam, bo człowiek czuje się tam jak mrówka, jak ziarnko piasku. Tyle lat to stoi w kraju gdzie trzęsienia ziemi są bardzo częste. Jedyny kraj na świecie, który nie uznał rozbiorów Polski. Chyba także jeden z nielicznych na świecie krajów gdzie na zwykłym bazarze można znaleźć Elementarz Falskiego, na którym całe pokolenia Polaków uczyły się sylabizować.
Klimatyzator koło d. . .
Lubelska Katedra obiekt teraz odnowiony, jest piękna ale śluby wychodzą tam tragicznie. Zaszczytem jest brać ślub w katedrze, sąsiedzi i koleżanki w pracy zazdroszczą. Młodej parze przed ołtarzem podstawiają do siedzenia kwadratowe dość szerokie stołki. Jak druhny są kumate i posłuchają fotografa jest w miarę ok., jak są nadgorliwe jest tragedia. Mówię suknię młodej ułóżcie obok lub niech na niej usiądzie, tak, żeby ten stołek było widać, ale często druhny wiedza lepiej, zakładają treny sukni na ten stołek zakrywając go całkowicie. Powstaje następujący widok, siedzi młoda, do pasa piękna jak modelka, od pasa w dół suknia jest kwadratowa, jak szafa lub lodówka. Wygląda, że klimatyzator jej do d. . . podłączyli tak ją już do chłopa ciągnie i grzeje. Potem dajesz odbitki, a oni, a to co? Panie wyszopuj tą szafę, sam se wyszopuj, a najlepiej niech sobie to druhny wyszopują, ja nie umiem.
Alkoholik do dowodu
Miałem lat akurat tyle, że musiałem sobie dowód osobisty wyrobić. Maszeruję do Pana Fotografa, najsłynniejszego w moim mieście. On usadził mnie na stołku poszedł do aparatu popatrzył na mnie i wrócił. Zagląda mi z bliska w oczy i gada: panie, pan to jest nałogowy alkoholik, widać wyraźnie po źrenicach, wątroba panu już puszcza. A może pan coś ćpa? Zdenerwowałem się, myślę sobie co za idiota. Fotograf cofnął się popatrzył i cyk jest fota do odbioru jutro. Minęło wiele lat jestem na giełdzie fotograficznej w Stodole, już swoją beczkę soli w fotografii zjadłem, spotykam zięcia tamtego fotografa, który już dawno odszedł na wieczny odpoczynek. Siedzimy sobie plotkujemy, nagle przypominam sobie tamtą historię powtarzam zięciowi, a on w śmiech. To był stary numer teścia, jak miał gościa sztywnego mówił mu jakieś głupoty po to tylko, żeby modela zdenerwować, od razu fotografia była ciekawsza nagle nabierała życia.
Rżnięcie młodej.
Kiedyś jak byłem młody, chciało mi się biegać i skakać, fotografowałem śluby. Nie lubiłem tego robić, ale życie ostro weryfikowało moje zachciewajki. Otrzymałem zlecenie, sesja ślubna w plenerze i zdjęcia maja być inne, nietypowe, ciekawe, mogą być z jajem. Sesje zaproponowałem w parku pałacowym w Kozłówce. Wpadłem na pomysł by zrobić fotografię jak młody rżnie młodą, przystali. Scena jest taka, młoda leży rozanielona, wręcz orgazm na ustach, nad nią pochyla się młody w ręku trzyma wielką piłę typu twój-moja, która to piła opiera się zębami na talii panny młodej. I tak zrobiliśmy, ale tam w tym parku jest masa wycieczek. Fotografujemy, młoda leży, młody ją rżnie, pomocnik blendą doświetla a z tyłu wrzask wycieczki, chodźcie, chodźcie szybko tu film kręcą.
Chiny
co to dużo gadać, inny świat. Jest ich tyle, że gdyby dopadła ich straszna epidemia i ubywało po milion dziennie, dzień w dzień po milionie, to trwałoby to cztery lata. Poza studentami i tymi co mają kontakt z tzw. zachodem czyli ponad miliard nie zna angielskiego, bo po co? Porozumiewa się z nimi bez problemu, każdy jest uśmiechnięty i przytakuje, nawet jak jest na nie. Pyta skąd jestem, z Polski a gdzie ta Polska, w Europie a co to Europa, i co mam powiedzieć, Paryż, Londyn, nie słyszeli. Część z rana, dużo większa wieczorami wychodzi na ulice, tu kwitnie życie towarzyskie. Tańczą, śpiewają, biegają, gimnastykują, puszczają latawce. Latawce w Chinach są zabawą dorosłych, nie dzieci. Wszystko jest inne, nawet Audi A6 jest o 17 centymetrów dłuższe i szersze, bo specjalnie produkowane dla Chin. Sklep Apple, w nim najnowsze markowe ipody cena 3950 juanów, na polskie złote 2000, a w sklepie naprzeciw, tylko nie firmowym ten sam ipod kosztuje 950 juanów, po targowaniu sprzedawca chce ostatecznie 150 juanów czyli 75 złotych. Nie kupiłem. Zabytki, zabytkami o tym można przeczytać w wikipedii, wieczorami i nocami tłukłem się po hutongach, fotografowałem. To jest dopiero świat ciekawostek, sanepid, ilość metrów na osobę, pojęcia chyba im zupełnie obce. Jest ich po prostu dużo, bardzo dużo albo jeszcze więcej.
Pań po 90 nie gwałcę.
Kiedy wchodziliśmy do niej, podparła się pod boki i z werwą zapytała: pan masz mnie fotografować? tak ja, a nie będziesz pan gwałcił . . . Skromne mieszkanie w małym domku, kuchnia przedzielona zasłonką. W jednej części kuchnia kaflowa, przed nią wiadro z węglem, obok kupka drewna do palenia, jedno krzesło, jeden stołek. Za zasłonką pieniek z wbitą siekierą, półki na których stoją słoiki. Ponad kuchnią na dwóch wbitych gwoździach spoczywa drewniana do połowy już wytarta łyżka, chyba bardzo stara, pytam. Tak, ta łyżka ma 126 lat odpowiada gospodyni. Jezu, skąd pani wie ile lat ma łyżka! Bo tą łyżkę dostali w prezencie ślubnym moi rodzice, do pięćdziesiątych lat była przy niej wstążka, ale się ubrudziła więc wstążkę wyrzuciłam i od tamtej pory bigos nią mieszam, dobra jest. Obok "Biała izba" stół, stare łóżko, mała etażerka, święte obrazki, dywan zwinięty, bo szkoda niszczyć, rozwijany tylko na święta. Gospodyni, lat 94, żona kierowcy generała Kleeberga, mieszka samotnie, sama sobie radzi, rąbie drewno, nosi wiadrami węgiel, jej bystre oczy są pełne życia.
Rok 2000
Był słynny rok 2000, kiedy to wszystko miało runąć, zapasy benzyny i kiszonych ogórków zadołowane w piwnicach. Jedna z agencji rządowych zwróciła się do mnie ze zleceniem na prezentację multimedialną na targi do Berlina. Trzeba było wygrać przetarg ale to pikuś jak ktoś nie ceni własnej pracy. Przetarg wygrany, prezentacja opracowana, wstawiłem podkład muzyczny na fletni pana w wykonaniu Dimy, i pojawił się kłopot, publiczne odtwarzanie wymagana licencja z ZAIKSU. Zleciłem zadanie agencji, skoro zamawia niech zapłaci. Dwa dni przed wyjazdem telefon z agencji muzyki nie załatwią musi być inna. Co robić, wyciągnąłem z szafy pseudo Hammonda, nie jestem muzykiem, mam ucho jak słoń lub jeszcze gorsze, ale mus to mus. Zacząłem plumkać, plum, plum, plum za nudne więc dodałem piłę taki efekt, całość nagrałem, wstawiłem do prezentacji, byłem dumny jak paw. To plumknie z piłą nawet było ciekawe. Prezentacja pojechała do Berlina. Po powrocie obsługujący stoiska powiedzili: niech cię szlag tarfi, nie chcemy na ciebie patrzeć. Prezentacja była skompilowana w exec i chodziła na telebimie 4 x 6 m muza z wielkich jak piece głośników, nie dało się jej wyłączyć. Po pięciu minutach tego plumkania wszyscy mieli dość a siedzieli tam wiele godzin. Współczuję, przepraszam, wiecej nie będę.
Sydney wita
wykonywaliśmy serię portretów właścicielki oraz fotografowaliśmy strych w jej domku. W zasadzie już mieliśmy wyjść kiedy ta pani pyta, a chce pan wejść do mieszkania w którym nikt nie był ponad 25 lat? Oczywiście, że chcę a daleko to, a tutaj wskazała ręką drzwi na korytarzu. Wspólnie odsunęliśmy wielki stół zasłaniający drzwi. Pani przyniosła łapkę do wyciągania gwoździ, kazała oderwać skobel, na końcu trzeba było drzwi z buta otworzyć, wszystko po ponad 25 latach trzymało i nie chciało zdradzić swojej ukrywanej latami tajemnicy. Drzwi ze skrzypieniem puściły . . . wchodzę. Izba z kuchnią kaflową w jednym i łóżkiem w drugim kącie. W suficie strzechą krytego domu dziura, niebo widać, woda latami lała się na łóżko, wszystko przegniło zapadając się, aż do piwnicy. Zaduch, pajęczyny, tony kurzu. Na ścianach makatki, na jednej napis: Sydney wita.
Ave Maria
w roku zdaje się 2008 lub 2009 byłem na plenerze fotograficznym w Górecku Kościelnym. Wykonałem serię fotografii jak to na plenerze, jak tylko ręce po nocnym ochlaju przestają się trząść trzeba fotografować niestety. Z tych zdjęć skleciłem jeszcze tam na miejscu w Górecku diaporamę, której nadałem tytuł Ave Maria. Potem w trakcie spektakli "Malowane słowem i obiektywem" dość często ją pokazywałem bo jest zgrabnie sklejona. Na jednym ze spektakli siedziała tuż przed mną starsza, siwa pani. Po spektaklu gdzie Ave Maria była na koniec pani obraca sie do mnie, oczy pełne łez i mówi. Drogi panie ja mam dom w Górecku, tam siedzę już ponad 30 lat, ale jeszcze nigdy takiego Górecka nie widziałam, zaraz jadę zobaczyć co przez tyle lat przeoczyłam, dziekuję.
Identyczna sytaucja spotkała mnie w Kuncewiczówce w Kazimierzu Dolnym. Pokazujemy spektakl a w nim diaporama "Korzeniowy Dół" na sali jest grupa pracowników Uniwersytetu Łódzkiego. Po spektaklu owi naukowcy mówią, wie pan co byliśmy dzisiaj w Korzeniowym Dole ale nic takiego nie widzieliśmy, jutro pójdziemy jeszcze raz.
Piramida poduszek.
Łaziłem z kolegą po wsi bez celu, bez sensu. Widzę jakaś ładna chałupka, stara, strzechą kryta, ale wymalowana, czysta, zadbana. Zaglądam do okna, ktoś w środku się kręci, coś na kuchni gotuje. Pukam, słyszę proszę, wchodzimy. Starsza pani wita nas z uśmiechem, zaprasza pyta czy zrobić herbaty. Na kuchni coś się warzy, wesoło trzaska ogień. Czysto schludnie, piękne święte obrazki na ścianach. W rogu łóżko na nim stos śnieżnobiałych poduszek, taka piramida, każda wyżej jest mniejsza. Bardzo miła atmosfera, pani jakoś mało zdziwiona, aparatami i naszą wizytą, rozmawiamy, oglądamy, pytam czy mogę fotografować, czy nie będę przeszkadzał, czy pani się nie krępuje? Panie, a rób se pan te zdjęcia, ja jestem przyzwyczajona przynajmniej raz na tydzień przyjeżdża do mnie telewizja, radio, dziennikarze już się oswoiłam.
Strachy na wróble - czyli jak wieśniaki miastowego rozumu nauczyły.
Od dłuższego czasu fotografowałem polne strachy. Zawsze w moim domu mówiło się strachy na wróble. Fotografowałem je bowiem zauważyłem, że znikają te tradycyjne ubrane w stare łachmany a na ich miejsce pojawiają się bezduszne, plastikowe worki po nawozach. Na naszych oczach ginie i odchodzi w zapomnienie tradycja tworzenia polnych strachów z niepotrzebnych już ubrań. Te ubrania to przecież historia, tych ludzi którzy je nosili. Zajechałem na pole pod lasem gdzie były te moje strachy w łachmanach, obok pracowali w polu miejscowi. Podszedłem przywitałem się, pytają co robię, odpowiadam fotografuję strachy na wróble. Oni w śmiech, panie jakie wróble? Wróble to miastowe ptaki, ale odkąd zamykają śmietniki to i wróbli w miastach nie ma, a na wsi nigdy ich nie było, a te strachy to na . . .dziki.
Drabina
dawno, dawno temu potrzebowałem zrobić serię fotografii Zespołu Zamkowego w Krasiczynie z góry. Właściciel w mig zamówił strażacką drabinę wysoką na podobno 46 metrów. Przyjechał zawalisty mercedes rozstawił łapy wsadzają mnie do środka tłumaczą jak się porozumiewać, jedziemy do góry. Targam ze sobą szeroką Mamiyę, Nikona F90X, wypełnione Provią i syfraka. Słyszę: koniec jazdy pełen wysięg. Chciałem fotografować na dużej przysłonie, żeby mieć pełną głębię a tu wozi kabiną metr w lewo, metr w prawo, musze zmieniać parametry. Coś tam cykam, nagle mnie podkusiło patrzę w dół. Mercedesa nie ma, na dole stoi dziecinna zabawka i grupa krasnoludków, w tym momencie mnie zmroziło. Przecież to zaraz się przewróci, te wielkie łapy widziane przy samochodzie z góry wyglądają jak przecinki. Coś tam gadam i słyszę, panie co się tak pan drzesz, my pana doskonale słyszymy. Wstyd i majty pełne. Przestawiamy drabinę trzy, cztery razy, szef straży jakiś chyba porucznik pyta, panie fotograf koniec dzieła, mówię mu tak, koniec. On na to, do operatora, to teraz sobie zarabiajcie. Do drabiny ustawia się kolejka po 5 zł za wyjazd, ludziska się pchają.
Kołyska
Wykonywaliśmy serię fotografii strychów, które potrzebne nam były do diaporam. W jednym z domów właściciel mocno dojrzały mężczyzna wszedł ze mną na górę obserwuje jak sobie radzę, co fotografuję, W pewnym momencie dostrzegam w kącie strychu kołyskę. Mówię, że i ją chciałbym sfotografować, bo jest piękna. Ów pan na to, a wie pan, że w tej kołysce to wykołysali jeszcze mojego ojca, kiedy to było!!! Żona kazała mi porąbać i spalić, bo dzieci nie mamy, ale po cichutku wtargałem to na strych, czasami sobie przyjdę, przy niej usiądę, pobujam. W kuchni widzę harmonię, pytam umie pan grać na harmonii? Nie umiem, ale bardzo lubię, mogę panu zagrać.
Dwa razy Piątek
Na fotografii Jerzy Piątek. W tle na fotografii Mariusza Wideryńskiego Jerzy Piątek. Wernisaż wystawy fotograficznej Mariusza Wideryńskiego w Galerii Leszka Mądzika w Lublinie. Jerzy Piątek - fotograf od lat związany z Kielecką Szkolą Krajobrazu i ze Świętokrzyskim Towarzystwem Fotograficznym, gdzie współpracował m.in. z Janem Siudowskim, Pawłem Pierścińskim i Janem Spalwanem. Za swojego mistrza uważa przede wszystkim Jana Siudowskiego, który nauczył go myśleć w prosty sposób o fotografowaniu, podobnie jak robią to dokumentaliści. Oprócz fotografii pejzażowej Jerzy Piątek ma spory dorobek jako fotograf aktów i fotograf społeczny. W 2007 r. przygotował wystawę oraz album pt. "Smutek i urok prowincji", w którym zgromadził swoje zdjęcia wykonane w końcu lat 70. i na pocz. lat 80. XX w. na Kielecczyżnie. Warto podkreślić silne przywiązanie fotografa do czarno-białego rejestrowania rzeczywistości, obojętne czy jest to pejzaż, akt czy społeczne dokumenty.
Borys Somerschaf - rosyjskie romanse
Fotografuję koncert Borysa Somerschafa, pomaga mi mała dziewczynka, córka koleżanki. Zespół akompaniuje, Borys śpiewa, w pewnym momencie przerywa zaczętą piosenkę, i mówi. Jest już dość późno, a ty dziewczynko tak pilnie cały czas słuchasz, obserwujesz, nóżką przytupujesz, ile ty masz lat. Pięć pszepana. Czy podoba ci się moje śpiewanie, że jeszcze nie usnęłaś, tak bardzo podoba pszepana. A czy ty rozumiesz o czym ja śpiewam, nie, nie rozumiem pszepana. Ale ja znam doskonale wszystkie pańskie piosenki, mama mi w domu ciągle puszcza. Borys tak był zaskoczony, że nie wiedział co ma odpowiedzieć.
Konkurs na kapliczki
Chyba już ze sto lat temu lub nawet wiecej, koledzy przeczytali w necie o konkursie fotograficznym organizowanym przez portal polska.pl. Tematem były przydrożne krzyże i kapliczki. Przybiegli do mnie, że mam szybko zdjęcia wysyłać, po co pytam? Tak codziennie męczyli bułę, że w końcu wysłałem maila do redakcji z zapytaniem ile zdjęć można wysłać na w/w konkurs. Odpowiedzieli 10 sztuk, tylko trzeba się spieszyć bo już mało czasu. Wiec się pośpieszyłem, wysłałem 10 sztuk i szybko zapomniałem o konkursie, mało mnie to interesowało. Po jakimś czasie wpadają coś tam mruczą pod nosem, patrzą na mnie wilkiem, pytam o co chodzi. Wiesz dobrze o co chodzi, masz szwagra w jury. Kurka wodna w jakim jury? pokazują mi wyniki konkursu na kapliczki. Moje zdjęcia uplasowały się następująco: 1 miejsce, 2 miejsce, 3 miejsce, 4 miejsce zajął ktos inny ale już 5,6,7 i 10 też moje. To nie może być uczciwe, powiedz prawdę, a jak nie to oddaj profesjonalny skaner który jest nagrodą, jakiś jeszcze kubek i koszulka z napisem polska.pl
Pigi w baszcie.
Wernisaż mojej autorskiej wystawy w Galerii Zamkowej na Zamku w Krasiczynie. Okrągła sala z kolumną po środku wspierającą łuki, dookoła zdjęcia. Chodzę sobie pomiędzy widzami udzielając wyjaśnień, dyskutując, kątem oka widzę panią w średnim wieku, znacznej tuszy, włosy jasno tlenione, rumiane policzki, taka Pigi. Widzę, że mnie obserwuje. Przechodzę na drugą stronę sali, widzę, że Pigi obeszła kolumnę i znowu mnie obserwuje. Specjalnie zmieniam miejsce, Pigi okrąża kolumnę i znowu wpatrzona jak w obraz. Podchodzę pytam, przepraszam czy my się znamy, może już gdzieś, kiedyś, tylko zapomniałem. Pigi odpowiada, nie znamy się. To dlaczego tak pani mnie obserwuje? Bo pan taki . . . piękny. I w tym momencie mnie zatkało, kłaniam się nisko całuję w rękę i tylko cichutko pytam, a da mi to pani na piśmie?


Łyżeczka Kroke.
Kroke mój ukochany zespół, fotografowałem wielokrotnie, czasami wałęsając się pomiędzy muzykami na scenie. Tym razem mam malutki kompakcik, taki do kieszeni ale siedzę ze znajomymi przy stoliku w pierwszym rzędzie, na scenie układam sobie łyżeczkę do herbaty zamiast statywu. Od czasu do czasu coś tam cyknę, kompakt chowam do kieszeni. Przed sceną biega PANI FOTOREPORTER obwieszona jak choinka PROFESJONALNYM sprzętem. Wali foty prosto z nosa w ryj grajkom. W pewnym momencie zauważa łyżeczkę chce ją zabrać, oddać na nasz stolik, znajomy mówi niech pani nie rusza to jest statyw kolegi. Patrzy zdziwiona, niedowierza, myśli że żartujemy, wiec wyjmuję kompakt przykładam do łyżeczki i cyk po czym znowu chowam do kieszeni. Pani się śmieje z amatora, panie takim gównem, to pan tu nic nie zrobi, trzeba mieć trochę pojęcia o FOTOGRAFII. Znajomi w śmiech, a to niech pani da na chwilę swój aparat naszemu koledze. Ma opory, ale w końcu oddaje mi sprzęt tłumacząc, tutaj ustawia się zoom, wie pan to jest takie przybliżanie lub oddalanie, a tu trzeba nadusić, żeby zdjęcie wyszło. Biorę od niej maszynę bez przykładania do oka przystawiam do podłogi i robię trzy zdjęcia, oddaję nie sprawdzając co wyszło. PANI FOTOREPORTER patrzy, patrzy, patrzy i mówi wie pan co, ciekawe ujęcie, bardzo ciekawe. Znajomy podaje jej moją wizytówkę, którą gdzieś tam targał w kieszeni marynarki, PANI FOTOREPORTER znika. Po jakimś czasie koncert się kończy ludzie po woli wychodzą, wpada PANI FOTOREPORTER czerwona jak burak, pan mnie oszukał, pan jest kłamcą, pan jest zawodowym fotoreporterem. A ja do niej nie powiedziałem, ani jednego słowa.
Maestro Adam Świć
Mecenas Kultury, Mistrz Limeryków, czyta swoje utwory na imprezie w Kazimierzu Dolnym. Dobrze się z nim rozmawia, krótko, rzeczowo treściwie. Wspaniale się go słucha, organizuje przepiękne i bardzo mądre imprezy, tylko dlaczego zaszył się w miejscowości gdzie jest 3500 mieszkańców, może ucieka???


A oto próbka jego twórczości:

Limeryk ornitologiczny II

Zboczeniec spod Kościana,
zgwałciwszy raz bociana
poczuł, że będzie w piekle.
A bocian na to "Kle kle
oj danaż moja dana!"
Bimber Budzińskiego
Dawno, dawno temu prawie przed wojną, miałem przyjemność być jurorem w konkursie fotograficznym. Przewodniczącym Jury był pan Tadusz Budziński. Całe popołudnie i znaczną część wieczora oceniliśmy fotografie układając na nich karteczki. Na koniec policzyło się karteczki wyszła demokratyczna ocena prac. Na drugi dzień pan Tadeusz zaproponował wycieczkę po okolicach. Wsiedliśmy do terenowego auta i bezdrożami pojechaliśmy oglądać cerkwie, które z zamiłowaniem fotografował. W pewnym momencie powiedział, skoro już tutaj jesteśmy a jest stosunkowo niedaleko do mojej daczy, tam jedziemy. Wchodzimy do domku, wszędzie pełno poroży, skóry z wilków, niedźwiedzi, kominek już płonie ciepłem ogrzewając wnętrze. Pan Tadeusz wyciąga 5 litrową metalową bańkę po oleju samochodowym, stawia na stole, w środku bimber. Płyn pierwszej klasy, wspaniale rozgrzewa przemarznięte członki. Zaczynają się opowieści o fotografowaniu cerkwi, przyrody, wilków. Nagle autor mówi do mnie, wiesz co, ja sfotografowałem wszystkie cerkwie do Radruża, cykaj je dalej do góry. A po co pytam. Bo giną, to jest historia, tych ziem, która na naszych oczach odchodzi w niebyt, szkoda. Wróciłem do domu, uwaga nie dawała mi spokoju, męczyła. Zapadła decyzja, tak zrobię. Sześć lat życia poświeciłem na fotografowanie cerkwi powyżej Radruża. Udokumentowałem cerkwie z 37 miejscowości, nie zdążyłem tylko do Opaki, przyjechałem dwa tygodnie po spaleniu, zastałem zgliszcza.
Ostatni taki Zecer
Tadeusz Wacław Budynkiewicz, unikalna postać w skali świata. Artysta układający ekslibrysy z czcionek drukarskich, ułożył ich ponad 2800. Temu artyście poświęciliśmy dużą wystawę fotograficzną o jego twórczości, osiągnięciach, zainteresowaniach. Fotografowalismy go w trakcie pracy w drukarni, oraz w domu, gdzie posiada zbiory swoich medali, dyplomów, informacji z mediów. Inne zbiory, którymi się pasjonuje. Pisze wspaniałe fraszki, w młodości tańczył w balecie.

Nadeszła już zima
i to bardzo sroga,
ale czym się rozgrzać,
gdy wódka jest droga.
(1950 r.)
W hołdzie Hartwigowi
Zaproszono mnie do przekazania swojej fotografii na wystawę "W hołdzie Hartwigowi". W związku z tym, że Hartwig miał ksywę mglarz, postanowiłem z Krzysiem K. że dam mgły. Nie miałem czasu więc Krzysio zrobił wydruk na płótnie, fotografia została wyeksponowana. Na wernisażu pan Jan Magierski, nestor i autorytet lubelskich fotografików wzywa mnie i tłumaczy. Panie Jacku, źle że dał pan tą fotografię. Pytam brzydkie? nie pasuje? Nie jest brzydkie, bardzo pasuje, tylko za duże, przytłacza wszystkie obok.
Krowy we mgle miały 160 cm szerokości.
Dom pełen zwierząt
Dzisiaj zawiozę was do uroczego domku na wsi, usłyszałem. Podjeżdżamy brama wjazdowa, ograniczona dwoma słupami na których czuwają dumnie dwa gryfy jak w rzymskim teatrze. Za bramą na podwórku oczko wodne, w oczku żaby, ryby, kaczka sobie pływa. Na samotnym drzewie siedzi bocian, obok pies, kot, dalej gołębnik i gołębie, pod świerkiem siedzi sobie i odpoczywa dzik. A wszystko wydłubane w pustaku, patrzę i oczom nie wierzę. Domek na wsi a zwierzęta pustakowe zamiast żywych. Pytam artystę rzeźbiarza dlaczego tak, po co mu gołębie z pustaka skoro może mieć żywe. A po cholerę mi żywe tylko kłopot, karmić trzeba i srają dookoła.
Tadeusz Rolke
(ur. 1929 w Warszawie) polski artysta fotografik, prekursor polskiej fotografii reportażowej.Początki jego twórczości przypadły na lata 50. XX w. Więziony w okresie stalinizmu. Studiował historię sztuki na KUL w Lublinie. W fotografii reportażowej starał się oddawać polską rzeczywistość, tworzyć interwencyjną fotografię reportażową. Zajmował się m.in. warunkami życia Cyganów w podwarszawskich miejscowościach. Rejestrował też życie artystyczne stolicy. Publikował w tygodnikach: "Stolica", "Świat" oraz w miesięcznikach "Polska" i "Ty i Ja". Fotografował modę dla "Przekroju", ukazującego się wówczas w Krakowie. Od 1970 r. przebywał na emigracji w Niemczech. Jego prace znalazły się na łamach "Sterna", "Die Zeit", "Der Spiegel" i "Art". W Polsce ponownie w latach 80. Autor wystaw fotograficznych, m.in.: "Świat to teatr", "Przemoc, seks, nostalgia". Przewodniczył jury Konkursu Polska Fotografia Prasowa '99.
Obecnie współpracuje z "Magazynem Gazety Wyborczej" i wykłada na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Warszawskiej Szkole Fotografii dr Mariana Schmidta. Jest współzałożycielem wydawnictwa "edition.fotoTAPETA", mającego siedzibę w Warszawie i Berlinie.Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. 14 grudnia 2009 Tadeusz Rolke został odznaczony złotym medalem Gloria Artis. Mieszka w Warszawie.

Miałem wielką przyjemność spotkać się z panem Tadeuszem w trakcie VIII Miedzynarodowych Warsztatów Fotograficznych w Janowie Podlaskim. W trakcie rozmów dogadaliśmy się, że łączy nas rzecz niezwykła, specyficzny zbieg okoliczności.W roku 2010 wraz z Urszulą Gronowską wpadliśmy na pomysł wykonania fotografii ciekawych ludzi i zaprezentowania tych zdjęć w miejscu ich zamieszkania. Wybór padł na Kock małe miasteczko na lubelszczyźnie, bowiem tam wykonywaliśmy fotografie strychów i przy tej okazji spotykaliśmy różnych ciekawych ludzi. Udaliśmy się do dyrektora domu kultury, zaproponowaliśmy taką wystawę, ustaliliśmy termin ilość prac. Kiedy dyrektor powiedział, że chce zobaczyć zdjęcia powiedzieliśmy prawdę, że zdjęć jeszcze nie ma jest tylko pomysł.
Dyrektor zdziwił się ale na pomysł przystał. Po pięciu miesiącach w kockim Pałacu Księżnej Jabłonowskiej odbył się wernisaż wystawy "Ludzie Kocka".
Co z naszą wystawą "Ludzie Kocka" wspólnego ma pan Tadeusz Rolke? Otóż kiedyś wraz z Chrisem Nidenthalem postanowili zrobić wystawę fotografii "Sąsiadka". Poszli do dyrektora warszawskiej "Zachęty" Andy Rottenberg zproponowali wystawę, ustalili termin, ilość prac, na pytanie o fotografie odpowiedzili, że fotografii jeszcze nie ma, dopiero jest pomysł. Mało tego, żeby zrobić fotografie na tą wystawę udali się do . . . Kocka, tego samego miasteczka, w którym z Urszulą Gronowską fotografowaliśmy i organizowali swoją wystawę. Zupełnie bezwiednie połączyły nas: sposób organizowania wystawy, oraz miejsce wykonywania fotografii. Gdyby do naszych zdjęć pozowała nam ta sama modelka którą fotografowali panowie Rolke - Nidenthal , to nie byłby już zbieg okoliczności a chyba cud lub przeznaczenie.
Na zdjęciach pan Tadeusz Rolke na warsztatach w Janowie, na trzecim z autorem bloga, trzymają zdjęcie z wystawy "Ludzie Kocka"
HOME



Kontakt z autorami spektaklu: POCZTA




Wszystkie fotografie prezentowane w tej witrynie są chronione Prawem Autorskim.
Kopiowanie i powielanie w jakiejkolwiek formie, wymaga pisemnej zgody autora.
All photos are copyrighted and you are not allowed to use them without my permission.