Menu
URSZULA GRONOWSKA - TEKSTY

Ona     Lupa     Dom z duszą     Burza     Miasteczko     Łódki



Dom z duszą

       Za każdym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że z tego domu dobiega jakaś muzyka, coś w rodzaju delikatnych tonów rozstrojonego fortepianu albo kobiecy śpiew amortyzowany odległością... Długi czas nie byłam tego pewna, dziś już nie mam wątpliwości. Ten dom ,,żył,, własnym życiem na sennej uliczce pewnego znanego miasteczka. Ale nikt poza mną nie zwracał na niego uwagi i nikt inny nie miał muzycznych skojarzeń. Tylko ja podwójnie wytężałam wzrok i słuch, będąc w jego pobliżu.

       Nie fascynowała mnie willa znanego architekta ani jej wymyśle detale, tak jak zachwycał stary dom o wypłowiałych ścianach i dachu, smagany w niepogodę wiatrem i deszczem. Patrzyłam z czułością na łuszczącą się farbę jak na podartą szatę, a on, mimo ewidentnego osamotnienia wydawał się trwać piękny i dumny. Może chciał, żebym była świadkiem jego opowieści, którą snuł bezgłośnie? Było w tym coś iluzorycznego, wręcz nierealnego, móc słyszeć odgłosy z niezamieszkanego od lat domu. Z początku uznałam za efekt mojej bujnej wyobrazni to wyjątkowe skrzypienie starych ścian i poluzowanych dachówek, to ,,gadanie,, wiatru w koronach starych drzew wokół. Również muzykę powtarzającą się za każdym razem, ginącą w szumie roztańczonych konarów czy śpiewie ptaków, w szelestach bujnej zieleni, łanach nieskoszonych traw, zielsku sięgającym pasa.

       Uczłowieczyłam ten dom i tak go odbierałam, biegnąc na każde z nim spotkanie z poruszonym sercem czy to w strugach ulewy, w szmerze cierpliwej mżawki, białym puchu zimy czy w powietrzu zastygłym od gęstego upału, gotowa, by znów usłyszeć intrygujące mnie tony. Nieprawda, że domy umierają wraz ze swoimi właścicielami. Mówi się, że gdy ci odchodzą na zawsze i nikt nie bierze ich w kolejne posiadanie, przygnębione brakiem troskliwej ręki umierają całą swoją duszą i jestestwem. Dla mnie ten dom ożywał wraz ze swoją muzyką, przemawiał swoim tajemniczym śpiewem, choć długi czas nie umiałam tego właściwie zdefiniować. Uparłam się dotrzeć do jakiejś prawdy, choćby tylko szczątkowej, miałam na to nadzieję.

       Za każdym razem powtarzały się nuty podobne do mazurka Chopina, dzwięki fortepianu, niczym szmer rozsypujących się pereł na miękkim materiale, daleki głos śpiewający jakąś zapomnianą pieśń... Wiele razy próbowałam zrozumieć ten fenomen, zbliżając się do domu i zastygając w bezruchu, nasłuchując... Nigdy nie zauważyłam najmniejszego śladu życia czy czyjejś obecności, poza moją. Wyławiałam odgłosy trwające minutę lub dwie, a może tylko ułamki sekund, tracąc rachubę czasu w jego pobliżu, jakbym za każdym razem znajdowała się w innym wymiarze.

       Po raz pierwszy ujrzałam ten dom zanurzony w zieleni, w zwartym uścisku starych bzów o grubych i żylastych konarach, z zarysowanym unerwieniem każdej gałęzi, aż trudno było odróżnić, gdzie zaczynało się panowanie domu, a gdzie kończyła władza bzu. Zdawało się, że tworzą perfekcyjną symbiozę dwóch bytów, powtarzalną i odnawialną każdej wiosny, rozluzniającą swój uścisk tylko jesienną porą, by dać wytchnienie jednemu i drugiemu na czas surowej zimy, zalegającej tutaj dłużej niż w jakimkolwiek innym miejscu.

       Tu przyroda nieco wolniej przestępowała progi kolejnych pór roku. Od wiosny do póznej jesieni otoczenie domu stanowiło królestwo motyli i ważek, nocną porą ciem o miękkim uderzeniu skrzydeł, za dnia zaś kosów i dzikich gołębi, których śpiew zwabiał mnie coraz bliżej, obfitej zieleni traw i łopianów, przetykanych stokrotkami i mleczami gigantycznych rozmiarów, przydających temu miejscu jakiejś niebywałej urody. W półmroku tego gąszczu ceglany komin sterczał jak maszt starej korwety, jakby za chwilę miała się wynurzyć spośród fal zieleni i czekając na mój sygnał ruszyć w rejs i z wdziękiem popłynąć w dół po kocich łbach sennej uliczki... Obrzeża ogrodu tonęły w pokrzywach, do złudzenia podobnych do wysmukłych postaci strażników, pilnujących dostępu do jego wnętrza i nie dających nikomu najmniejszej szansy przedarcia się przez ich kordon.

       Nie raz miałam chęć pokonać zardzewiałe ogrodzenie, szpaler starych kasztanowców i przejść tamtą gęstwinę. Wiele razy marzyłam, by wejść do środka po zmurszałych deskach i poczuć pod stopami ich miękkie skrzypnięcie. Ileż razy chciałam spojrzeć przez zasnute pajęczynami okna, przez które nikt dawno nie patrzył. Spróbować otworzyć drzwi nie otwierane latami, wpuścić świeży powiew wiatru, móc ogarnąć wzrokiem puste pokoje, które mogłam sobie tylko wyobrazić i wreszcie... spojrzeć na uliczkę z perspektywy tego domu, jak na siebie samą.

       Fascynował mnie zdziczały ogród, w którym każdy gatunek znał swoją kolej i przynależne mu miejsce, w zwartych splotach i objęciach, uściskach i przytuleniach, pocałunkach i pieszczotach, tak trudnych do rozwikłania, roślin trwających w krótkim letnim śnie i budzących się razem o poranku. To było prawdziwe imperium natury, która wzięła dom i ogród w swoje posiadanie, władanie prawie absolutne.

       Wydawało się, że ten dom żyje i nie żyje jednocześnie, zważywszy na brak wyraznych oznak życia, choć w dziwny sposób nabierający cech żywej istoty. Byłam pewna, że jakaś niewidzialna dłoń dotyka go z pietyzmem, kiedy mnie tam nie było, by do końca nie zapadł się w zieleni, i jakaś siła wyższa trzyma nad nim pieczę, by trwał i cieszył tylko moje oczy. Więc pieściłam go wzrokiem, przemawiałam doń, tęskniłam, spełniając rolę czułego opiekuna, choć ani razu nie dotknęłam jego starych ścian ani nie weszłam do jego pokoi... A on dawał mi swój czas przeszły, piękny podarunek w postaci owej muzyki, której tak długo nie umiałam rozszyfrować. Dla mnie był jak żywa istota, która czuje i widzi, myśli i rozumie, czekając niecierpliwie moich kolejnych odwiedzin.

       W końcu zaczęłam szukać informacji o jego właścicielach, czynić starania o wyjaśnienie jego pochodzenia i historii. Szłam śmiało w moich dociekaniach, wyobrażając sobie siebie w jego wnętrzu i tajemniczym ogrodzie. Dziś już wiem, że w ubiegłym wieku przyjeżdżała do niego na wakacje pewna śpiewaczka, dlatego on ciągle ,,żyje,, ową muzyką, zapisaną w nim na stałe od zmurszałych podwalin po nadwątlone stropy. Przywołuje nuty i pieśni, rozbrzmiewające partyturami w jego opuszczonych wnętrzach, ścianach i skrzypiących podłogach, ciągle odpowiada mi echem minionego czasu. Spotkałam dom z duszą.

Tego chyba nie muszę już nikomu tłumaczyć.


Kontakt z autorami spektaklu: POCZTA




Wszystkie teksty prezentowane w tej witrynie są chronione Prawem Autorskim.
Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie, wymaga pisemnej zgody autora.
All text are copyrighted and you are not allowed to use them without my permission.