Menu
URSZULA GRONOWSKA - TEKSTY

Ona     Lupa     Dom z duszą     Burza     Miasteczko     Łódki



Ona

       Codziennie otwierałam drzwi jej mieszkania z małym zgrzytem klucza. Codziennie przynosiłam jej wieże pieczywo, które jadła jak ptaszek, drobiąc kęsy. W jej oczach czaił się lęk i blady uśmiech, czasem smutek i przygnębienie. Innym razem jaka nostalgia i nieśmiała chęć na chwile spędzone w moim towarzystwie, w jej skromnym życiu pozbawionym nadziei.

       Znałam ją od lat. To ona była moja opiekunką, kiedy byłam dzieckiem. Ona, pod nieobecność moich rodziców dawała mi pierwsze lekcje zachwytów nad światem i ona podsuwała książki, które rozbudziły moją pózniejszą miłość do literatury. A teraz role się odwróciły, to ja byłam jej całym światem, ja byłam jej czułą opiekunką i nauczycielką.

       Dwie samotne kobiety. Jedna u progu życia, druga na jego mecie. Wiele nas ze sobą łączyło, choć odnosiłam wrażenie, że z każdym dniem coraz mniej. Ostatnio prawie się nie odzywała. Zacięła się jak obrażone dziecko. A przecież rozumiałyśmy się jednym spojrzeniem, dotykiem dłoni, mrugnięciem powieki. Piła w milczeniu herbatę, którą podawałam jej na łyżeczce, jakby się wstydziła, że jest taka niesamodzielna, albo ze złością, że nie umie zrobić tego sama.

       Myłam jej ciało wilgotną gąbką i delikatnie przewracałam na łóżku. Była krucha jak porcelana, jak delikatny motyl z opadłymi skrzydłami, któremu upływ czasu odebrał całą żywotność i siłę. Kiedy była zgaszona, ja też nie umiałam się cieszyć. Tylko wiosna budziła w niej jakąś nadzieję i dostrzegałam to w maleńkim błysku jej szarych oczu. Codziennie na schodach mijałam jej sąsiadkę, która przypominała mi ją przed laty. Och, gdyby można było cofnąć czas...

       Wszystkie jej drobiazgi wywoływały we mnie jakąś tkliwość. Pozwalała mi otwierać komody i szafy, wietrzyć i układać bieliznę. Wtedy zawsze miałam wrażenie, że wchodzę po trosze w jej intymność, której byłam jedynym świadkiem od wielu dni, wielu lat. Sprzątałam pokój i łazienkę, korzystając z jej płochego snu, robiąc wszystko prawie bezszelestnie. Zamiatałam i myłam stary dębowy parkiet, dawno temu powleczony lakierem i bywało, że pomiędzy klepkami dostrzegałam jakiś samotny koralik czy fragment starego guzika, który umknął mojej uwadze. Zawsze mnie to rozczulało. Raz znalazłam pod łóżkiem pożółkłe zdjęcie, innym razem szylkretową spinkę do włosów, której od dawna nie używała. Niemi świadkowie jej codzienności.

       Czasem miałam wrażenie, że mnie nie poznaje, albo nie chce widzieć i woli być sama z ulubionymi przedmiotami i wspomnieniami. Wtedy bardzo trudno było do niej dotrzeć. Odwracała twarz i nie chciała jeść ani pić, jej ciało stawiało opór w pielęgnacji i tylko długa i delikatna perswazja pozwalała mi ją dokończyć. Mimo, że chorowała od lat, to w jej sypialni unosił się zapach przeszłej młodości. Czułam go wyraznie. Błyszczały jej oczy na dalekie wspomnienia, w kąciku ust błąkał się nieśmiały umiech, a wiotkie dłonie nabierały sprężystości. Nawet miała trochę zalotne spojrzenie, co z przekornego uśmiechu młodej dziewczyny. Z błyskiem srebrnych nitek w ułożonych przeze mnie włosach wyglądała po prostu pięknie.

       Odgadywałam jej prośby z ukradkowych spojrzeń, czytałam fragmenty ulubionych powieści i wierszy. Ale mimo krótkiej poprawy coraz częściej popadała w odrętwienie i szczelniej zamykała się w swoim świecie. Z westchnieniem zakładałam stary fartuch i skupiałam się na moich obowiązkach. Czasem odzywała się jakimś nieswoim głosem, rzucała pojedynczą uwagę. Najczęściej nic nie mówiła i tylko słysząc jej słaby oddech, wiedziałam, że jest tam nadal, w swoim łóżku, cicha i spokojna, pogodzona ze sobą i wszystkim, co ją otaczało.

       Dzień, w którym pozwoliła mi otworzyć swoją szafę i komodę był zapowiedzią czegoś nowego. Dla niej i dla mnie. Za każdym razem uchylałam ich drzwi z bijącym sercem. Wkraczałam w tamtą przestrzeń i stawałam się cząstką jej dawnego życia, którego elementy leżały równo poukładane na półkach. Kiedy dotykałam jej bielizny, wypranej i wykrochmalonej, obezwładniało mnie jakieś niesamowite uczucie. To był ulotny moment krótkich błysków szczęścia. Także mojego. To był zapach jej młodości, wyjazdów, chwil radości, blask jej miłości, ślady szczęcia. Kropla wina rozlanego na białym obrusie zastygła w postaci różowej plamki i promień słonecznej wiosny w bukieciku fiołków. Zapach zasuszonej lawendy wśród krochmalonych halek czy pokruszone płatki wyblakłej róży, wysypujące się spomiędzy haftowanych chusteczek.

       Dotykałam tych ulotnych drobiazgów dłońmi kiedy spała, jedwabnej bielizny ze złotymi i białymi nitkami monogramów i wyobrażałam sobie jak musiała w niej pięknie wyglądać, wzbudzając pożądanie swojego mężczyzny. Wtedy spoglądałam na jej twarz wygładzoną snem i malutką, pulsującą żyłkę na jej skroni. Czule przykładałam twarz do kolorowych wstążek, filigranowych koronek i zwiewnych materiałów, próbując zapamiętać ich zapach i dopasować epizody z jej życia do konkretnych fragmentów garderoby. Czułam jakiś dreszcz rozmarzenia, ale też zazdrości, że może ja tego wszystkiego w swojej przyszłości w ogóle nie doświadczę.

       W jej życiu wszystko było poukładane, nawet teraz, kiedy spędzała je tylko w swoim łóżku, zdana na moją opiekę i nieruchoma od lat. Skrupulatnie pilnowałam tego ładu, by chociaż jeden zle ułożony przedmiot czy element garderoby nie uwierał jej pamięci ani przeżyć. Znalazłam jednak sposób, by czuła się lepiej w swoim małym wiecie. Wpadłam na to przypadkowo któregoś wiosennego dnia, wchodząc do mieszkania z promieniami słońca na policzkach.

       Rano budził ją stuk moich obcasów na klatce schodowej i w przedpokoju. Patrzyła na mnie taka rozmarzona. Innym razem zostawiłam jej ulotną mgiełkę delikatnych perfum czy jędrność mojego ciała w letniej sukience. To była także delikatna pieszczota moich palców podczas pielęgnacji i czesania, czułość wypowiadanych słów, cichy szept na dobranoc. Dostrzegła ukradkowe spojrzenie pewnego mężczyzny, odbite w moich zrenicach i usłyszała świergot ptaków, przyniesiony we włosach z pobliskiego parku. Wyczuła aromat wiosennego deszczu na bukiecie bzu i zapach miasta, pozostawiony na tkaninie płaszcza. I mrozne powietrze któregoś dnia, gdy wpadłam przeszyta zimnem i usiadłam obok niej na łóżku, a ona drżącą ręką próbowała ogrzać mój policzek.

       To były dni jej małych radości, delikatnych i pastelowych jak ona sama. Ona to wszystko czuła i widziała. I ja czułam, że sprawiam jej tym maleńką radość, choć nigdy mi o tym nie powiedziała. Mnie wystarczał blask jej oczu. Więc każdego dnia przynosiłam jej coś nowego i zwiewnego, maleńkie przejawy zwykłej codzienności, które były jak najcenniejszy lek, dużo skuteczniejszy od tabletek, jakie aplikowałam jej podczas posiłków. Pewnego dnia czule zacisnęła palce na mojej dłoni, jak szczęśliwa ze swojego losu kobieta.




Kontakt z autorami spektaklu: POCZTA




Wszystkie teksty prezentowane w tej witrynie są chronione Prawem Autorskim.
Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie, wymaga pisemnej zgody autora.
All text are copyrighted and you are not allowed to use them without my permission.